24 sie 2016

Zdradziłam Nidzicę!!!


Pojechałam na inny konwent!!! I to nie byle jaki, bo zawitałam sobie na Polcon. Decyzja podjęta spontanicznie i praktycznie w ostatniej chwili zaowocowała jednymi z najmilszych chwil w tym roku. Tylko mam teraz wielki problem z tym, co o Polconie napisać, bo wbrew pozorom nie jest to łatwe zadanie. Typowej relacji z wyszczególnieniem godzin nie będzie, bo i nie chcę, i chyba nie potrafię. Zasadniczo ten krótki wpis mógłby ograniczyć się do jednego: bogowie, ależ ja lubię nasz fandom!

Niemniej spróbuję coś naskrobać, może uda mi się oddać choć odrobinę tych emocji, które ciągle się we mnie kłębią. Ale zacznijmy od kwestii organizacyjnych: genialnym wyjściem było połącznie dwóch imprez, czyli Polconu i zlotu foodtracków. Strefa gastronomiczna była spora, było w czym wybierać zarówno, jeśli chodzi o żywność jak i napoje wszelakie (pierwszy raz w życiu widziałam piwo truskawkowe. TRUSKAWKOWE!!!). Pogoda dopisała, chyba nawet za bardzo: nie przepadam za upałami, a w sobotę było najzwyczajniej w świecie zbyt duszno i zbyt gorąco. Klimatyzacja na niektórych salach nie do końca radziła sobie z fandomowymi tłumami, co mnie osobiście męczyło i sprawiało, że wizyty na panelach dyskusyjnych zamiast być czystą przyjemnością jedynie mnie wykończyły (a nawet w pewnym momencie musiałam z żalem zrezygnować z panelu Jacka Inglota, bo najzwyczajniej w świecie zaczęło robić mi się słabo…)
Nie dla części merytorycznej jednak pojawiłam się na tej imprezie, i zanim zaczniecie ciskać gromy, pozwólcie na małe wyjaśnienie. Panele dyskusyjne, jakkolwiek ciekawe, mają jedną zasadniczą wadę. Nie pozwalają na swobodną rozmowę z ulubionym pisarzem/redaktorem/blogerem. A ja, jak to MaRuda, pojawiłam się na Polconie właśnie po to, by porozmawiać z ludźmi, trochę się poprzytulać i ewentualnie pospierać o jakieś kwestie. Wszystko to jednak z poczuciem, że mogę spokojnie pomęczyć jednego czy drugiego nieszczęśnika. O czym były te rozmowy: pojawił się temat mojego ostatniego okołolemowego wpisu, roli kobiet w literaturze, różnicach w postrzeganiu pewnych wątków, spoilerach zamieszczanych w reckach i sieciach społecznościowych, toksycznych związkach, urokach ciąży, gadżetach, apokalipsie, „Orle Białym”, nagrodzie Zajdla, przyszłości fantastycznej blogosfery, kuriozalnych cenach książek, ulubionych i znielubionych wydawcach, wyższości SF nad fantasy, zmianom, jakim ulega fandom, nieudanej kolonizacji Marsa, smokach, kamuflażu i wiele, wiele innych. Ktoś mógłby stwierdzić, że przecież o tym wszystkim ciągle dyskutujemy tutaj w sieci, ale jest jedna zasadnicza różnica. Nie ma nic lepszego od konfrontacji twarzą w twarz z kimś, z kim do tej pory toczyło się mniej lub bardziej zajadłe dysputy na Facebooku. Jakoś łatwiej wtedy nie tyle zmienić zdanie, co zrozumieć inny punkt widzenia. Czy też najzwyczajniej w świecie zaakceptować, że niektórzy osobnicy są niereformowalni i pomimo tego najzwyczajniej w świecie sympatyczni.
Druga rzecz to spotkania: z konwentu na konwent nawiązuję w „realu” nowe znajomości, ograniczające się do tej pory jedynie do kontaktów przez Internet. To niesamowicie fajne: po kilku latach znajomości spotkać przykładowo człowieka, który wciągnął mnie do recenzowania dla Fantasty (tak Maciek, o tobie mowa!), zamienić kilka słów z osobami poznanymi przy okazji projektów takich jak „Szczury Wrocławia” czy „Orzeł Biały”, wypić napój gazowany z ludźmi, których działalność w fandomie śledzę od kilku lat. Jest w tym jakaś magia, może nie aż tak bliska memu sercu jak specyficzny klimat Festiwalu w Nidzicy, ale niewiele mu ustępująca. Poza tym oczywiście spotkania z ulubieńcami, których widuję raz w roku lub rzadziej: szczera i nie tylko dotycząca literatury rozmowa z Jackiem Inglotem, kilka ciepłych słów zamienionych z Maćkiem Parowskim, zdjęcia rozwodowe z Marcinem Przybyłkiem, straszenie spoilerami Rafała Kosika, podrzucanie plecaka Wojtkowi Sedeńko, rozplątywanie macek pewnego kosmity, uśmiechnięte zdjęcia Krzyśka Kietzmana, kronikowe zakładki powciskane w kieszenie/identyfikatory/plecaki, propozycja dożywiania od Dany…
Taki był właśnie mój pierwszy w życiu Polcon. Zwariowany, szalony, pełen pozytywnej energii i nie zawsze kontrolowanych wzruszeń. Do Wrocławia pojechałam dla ludzi i emocji i, szczęśliwie, to właśnie otrzymałam. Jestem pewna, że każdy kolejny konwent, na który uda mi się wyrwać odbiorę równie emocjonalnie: tak już po prostu mam. Za to obiecuję sobie i wam, że z tegorocznego Falkonu otrzymacie bardziej merytoryczną relację. A kto wie, może przełamię wrodzoną nieśmiałość i zgłoszę całkiem przypadkowo jakiś punkt programu?
Dzięki kochane ludziska za te kilkanaście godzin nieskrępowanych rozmów, pozytywnych emocji i poczucia wspólnoty mimo dzielących nas wielu różnic. A tych, których zmęczył mój entuzjazm, szczerze przepraszam i proszę o kilka słów w prywatnej wiadomości: ot, jak Rude lubi to przytula i czasem zapomina, że nie każdy za przytulaniem przepada ;)
Na sam koniec kilka zdjęć, więcej znajdziecie tutaj, tutaj, tutaj i tutaj.






0 comments:

Prześlij komentarz

Szanuję krytykę, ale tylko popartą odpowiednimi przykładami. Jeśli chcesz trollować, to licz się z tym, że na tym blogu niekulturalnych zachowań tolerować nie będziemy, a komentarze obraźliwe będą kasowane :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...