15 lut 2016

Sprawozdanie z lektury vol. 5, czyli 3 x TAK!



Było to tak: w 2011 roku, czyli w czasach, gdy już dość intensywnie romansowałam z fantastyką wszelaką, ale bez szczególnego krytycyzmu i wymagań, wypożyczyłam z biblioteki pewną książkę. Przeczytałam i na ukochanym przez nas wszystkich (sic!) portalu napisałam kilka słów. Oto one:

Bardzo długo szukałam tej pozycji w różnych bibliotekach, zachęcona wieloma pozytywnymi opiniami o twórczości Ursuli K. Le Guin. Byłam przygotowana na opasłe, epickie tomisko - a tu niespodzianka. Książka objętościowo nie przeraża, a nawet mała ilość stron z początku mnie zniechęciła. Już od pierwszej strony jednak zrozumiałam, że moje obawy są bezpodstawne. Le Guin stworzyła cos epickiego, ale nie rozlazłego czy nużącego. To przyjemne fantasy, o dość dużym zabarwieniu filozoficznym skłania nas często do zastanowienia się nad przeczytanym akapitem. Na pewno sięgnę po kolejne pozycje historii o Ziemiomorzu. (link plus 18 plusów :P )

8 lut 2016

Festiwal próżności: biblioteczka Silaqui 2016

Raz w roku publikuję wpis, mający na celu udokumentowanie mojego narastającego czytelniczego uzależnienia. Jest w tym coś z próżności, ale i zwyczajnie, niczym dziecko, cieszę się z spełniania kolejnych małych książkowych marzeń.

Oto jak mój stan posiadania zmieniał się na przestrzeni lat:

2012
2013
2014
2015

A teraz czas na zdjęcia najbardziej aktualne, bo robione miesiąc temu:

5 lut 2016

O gatunków pomieszaniu, czyli rude maRudzenie


Paskudną mamy zimę w tym roku: nie dość, że śniegu jak na lekarstwo, to niczym u Kazika „i zimno i pada i zimno i pada…”, a słońce widujemy jedynie w rzadkich momentach, gdy zła aura na chwilę się zagapi i zapomni zasnuć niebo stalowoszarą warstwą chmur. Taka pogoda nie nastawia do świata szczególnie pozytywnie, ale ma też swoje plusy: pozbawieni możliwości zimowych szaleństw więcej czasu spędzamy w domowych pieleszach, poświęcając się ulubionym stacjonarnym pasjom. U mnie wygląda to tak, że czytam książki. A jeśli nie czytam książek, to czytam o książkach lub, za pośrednictwem Internetu, o książkach rozmawiam. Ktoś pomyślałby, że to całkiem bezpiecznie i spokojne hobby (czy raczej uzależnienie), ale niestety, znów, ludzka głupota skutecznie podniosła mi ciśnienie i sprawiła, że muszę wam trochę pomarudzić.

31 sty 2016

Co tam panie w Internecie? #1













Internet to idealne miejsce badań nad kondycją intelektualną naszego społeczeństwa i niezastąpione źródło inspiracji dla Rudej. Raz na jakiś czas robi się głośno o zjawisku, które choć maglowane milion razy, zawsze znajdzie swoją nowa odsłonę. W ostatnich miesiącach prym wiodła klasyka. Jeśli jednak myślicie, że nastał powszechny boom na czytanie dzieł, które ukształtowały literaturę, to srodze się pomylicie. Tym razem ktoś po raz drugi odkrył Amerykę i zauważył, że młodzież nie potrafi czytać dzieł powszechnie określanych jako „wielkie”.

10 sty 2016

Emocje i komplikacje, czyli Bradbury znów robi zamieszanie


Po ten tytuł sięgałam z maksymalną dawką niepewności; niby od jakiegoś czasu wszelkie moje romanse z klasyką literatury fantastycznej okazywały się strzałem w dziesiątkę, ale tutaj zadanie było trudniejsze niż zazwyczaj. Po pierwsze, 451 stopni Farenheita to pozycja obowiązkowa dla każdego miłośnika literatury (niekoniecznie nawet tej o zabarwieniu fantastycznym). Czyli, zasiadając do lektury, musiałam być świadoma jednego: ta książka poruszyła miliony ludzi, nawet tych, dla których science fiction to jedynie puste bajeczki. Takie docenienie przez mainstream nobilituje, jednocześnie stawiając przed współczesnym odbiorcą poprzeczkę niesamowicie wysoko. Tutaj już nie wystarczy znajomość (na wyrywki) „Diuny” czy „Kronik Majipooru”. Nawet umiłowanie Lema i Peteckiego może nie wystarczyć. Oto trzymam w rękach wielkie dzieło i być może będę musiała, już po przeczytaniu, zająć jakieś stanowisko. I, nie daj boże(!), być w stanie je obronić.
 I tutaj dochodzimy do drugiego powodu, dla którego tak długo zwlekałam z lekturą kolejnej książki Bradbury’ego (w zeszłym roku udało mi się przeczytać „Kroniki Marsjańskie”): widzicie, chociaż odbiór literatury jest prywatną sprawą każdego z nas, to już pisanie o niej to wyzwanie. Zawsze podczas omawiania dzieł wybitnych czuję lekki niepokój: co, jeśli zrozumiałam wszystko opacznie, lub (co zdarza się częściej) skupiając się na rzeczach dla mnie ważnych przegapiłam te „naprawdę” istotne? Ale cóż, słowo się rzekło, postanowiłam w tym roku zmierzyć się z kilkoma kluczowymi dla mnie w jakiś sposób tytułami (pełna lista tutaj) i na pierwszy ogień poszedł Bradbury. I chyba lepszego „klasycznego” otwarcia czytelniczego roku nie mogłam sobie wymarzyć…

3 sty 2016

Przeczytam! Czyli ambitnie w Nowy Rok.


Początek roku obfituje w mnóstwo przeróżnych wyzwań książkowych: a to ktoś postanawia czytać jedną książkę tygodniowo, inny zamierza przeczytać „tyle, ile ma wzrostu”, są też wyzwania tematyczne czy całkowicie idiotyczne i niedające się przypisać do żadnej z kategorii.

Kiedyś brałam udział w akcji „52 książki”, ale ponieważ czytam i tak nieco więcej, to i zabawa była z tego znikoma. Za to postanowiłam stworzyć sobie listę kilku książek, które chciałabym koniecznie przeczytać w tym roku. Taki strażnik bardziej świadomego doboru kolejnych lektur.

28 gru 2015

Kolejny rok za nami, czyli 2015 w oczach Rudej.


To niesamowite, jak życie potrafi nas zaskakiwać. To wręcz przerażające, jakim skurczybykiem potrafi być los i z jaką wirtuozerią niweczy wszystkie nasze plany.

Z roku na rok obiecuję sobie, że od pierwszego stycznia cos się zmieni: we mnie, w moim podejściu do blogowania, czy pisania o książkach jako takich. I co roku wszystkie te plany poetycko biorą w łeb, a ja budzę się nagle pod koniec grudnia z świadomością, że coś mi bezpowrotnie umyka. Wtedy zazwyczaj mobilizuję wszystkie swoje siły i uruchamiam swoja tajną broń, najpotężniejszą z możliwych. Taką, co za każdym razem, chociaż na chwilę, odpędza te wszystkie czarne chmury, jakie wytrwale gromadziły się nad moją głowa przez cały rok. To moja ukryta moc, czyniąca ze mnie raz na jakiś czas rudowłosą superbohaterką, zdolną pokonać wszystkie przeciwności i spełniać marzenia jednym uderzeniem serca. Ot, szukam POZTYWÓW! W każdym możliwym znaczeniu tego słowa...

10 gru 2015

6 gru 2015

Recenzji nie będzie...


Ciężkie jest życie postrzelonego czytelnika SF.

Jeszcze przed Falconem wróciłam do Wattsa i zaczęłam sobie "Wir". I niby wszystko pięknie fajnie, ale kompletnie nie potrafię się wciągnąć w lekturę. Ciągle coś zgrzyta, nie ma tej płynności i nie ma też zachwytu nad stylem Wattsa. I chociaż ze mnie taki tłumacz jak z Ćwieka twórca ambitnej literatury, to jednak większość winy muszę zrzucić na ekipę z Ars Machiny. Bo nie wierzę, że drugi tom Ryfterów był napisany aż tak ubogim językiem.

5 lis 2015

W poszukiwaniu heimatu: Wypędzony, Jacek Inglot

Znów mamy do czynienia w Kronikach z sytuacją nietypową, i to nietypową podwójnie: nie dość, że dwa kolejne teksty traktują o twórczości jednego autora, to na dodatek tym razem opowiem wam o swoich wrażeniach z czytania czegoś, co w żadnym wypadku fantastyką nie jest, ale jednak w znacznej części wpisuje się w spektrum moich zainteresowań. Zapewne niewielu z was wie, ale jako dziewczę kilkunastoletnie byłam zafascynowana literaturą w mniejszym lub większym stopniu związaną z drugą wojną światową. Zapewne sporą zasługę ma w tym mój tato, wielki miłośnik historii współczesnej i posiadacz kilku półek z książkami o takiej właśnie tematyce. Jednego jednak w publikacjach dostępnych na domowych półkach mi brakowało: jakiegoś zgrabnego opracowania dotyczącego losów ziem, na jakich przyszło mi się urodzić. Urodziłam się bowiem w dawnym województwie koszalińskim, w uroczym miasteczku o wdzięcznej nazwie Połczyn Zdrój. Ot, mała i urokliwa mieścina uzdrowiskowa, powoli dogorywająca w obecnym ustroju politycznym. I niby mogłabym mianować siebie zwykłym małomiasteczkowym Rudzielcem gdyby nie jeden fakt, poznany całkowicie przypadkowo, z opowieści mojej nieżyjącej już babci. Kiedyś, w zamierzchłej przeszłości, (czytaj: przed wojną) Połczyn Zdrój nazywał się Bad Polzin, i przez większą część swojej historii (a prawa miejskie mamy od niemal 700 lat) nie był Polskim miastem…