5 lis 2018

Ray Bradbury - ponadczasowa nostalgia


Moda na wznawianie dzieł uznawanych powszechnie za kamienie milowe fantastyki przyczyniła się do tego, że niektórzy autorzy zyskują drugie życie. Dzięki temu możemy na nowo przyjrzeć się twórczości Raya Bradbury’ego – pisarza, którego książki i opowiadania ukształtowały zarówno światową, jak i polską science fiction.


Science fiction to jeden z gatunków literackich, które najgorzej znoszą upływ czasu. O ile powieści obyczajowe, reportaże czy nawet fantasy po dziesięcioleciach potrafią zachwycać, dzieła spod znaku „science” niezbyt dobrze sobie z tym radzą. Wynika to z prostego faktu: rzeczywistość bezlitośnie weryfikuje ludzkie marzenia, a przecież SF to w znacznej mierze zapis spekulacji dotyczących tego, jak powinna wyglądać przyszłość. Dlatego czytanie książek napisanych kilkadziesiąt lat temu bywa doświadczeniem z pogranicza nostalgii i lekkiego zażenowania. Mając świadomość tego, w którą stronę podążyła ludzkość można często jedynie uśmiechnąć się z politowaniem widząc, jak naiwni byli twórcy z okresu złotego wieku fantastyki naukowej. A przecież ta trudna do zrozumienia dzisiaj wiara w rozwój technologiczny nie u wszystkich przejawiała się tak samo mocno; niektórzy podchodzili do postępu z ostrożnością, a Ray Bradbury zdawał się stać w całkowitej opozycji do tej ufności.

POCZĄTKI

Niedawno na księgarskie półki trafiło wznowienie „451º Farenheita”, jesienią natomiast czeka nas odświeżona odsłona „Kronik Marsjańskich”. Jest to idealny moment, by przekonać niektórych (zwłaszcza tych młodszych) czytelników, że Ray Bradbury nie bez powodu jest figurą obecną na polskim rynku już prawie sześćdziesiąt lat – pierwsze wydanie „451º Farenheita” pojawiło się u nas bowiem w roku 1960. Można by pomyśleć, że taka ramota nie ma szansy trafić do kogoś wychowanego na dziełach stworzonych w XXI wieku, ale za kilka chwil przekonacie się, że to bardzo mylny pogląd.
Kim był Bradbury, wie prawie każdy fantasta; a jeśli nie wie, to w anglojęzycznej Wikipedii można znaleźć bardzo szczegółową biografię i bibliografię. A było tego sporo: jedenaście powieści i ponad czterysta opowiadań, z czego w kraju nad Wisłą ukazał się jedynie nikły procent (tutaj z kolei dociekliwych odsyłam do Encyklopedii Fantastyki, gdzie można znaleźć wszystkie polskie wydania i antologie, w których Bradbury był publikowany). Chociaż zatem nie ma możliwości zapoznania się z całością jego dorobku, nawet ta skromna reprezentacja pozwala na wyrobienie sobie zdania na temat tego, jak on pisał i czy warto w ogóle po niego sięgać. Uprzedzając pytania i możliwe zwątpienie: tak, warto, i to niekoniecznie dlatego, że Bradbury „wielkim pisarzem był”. Co prawda Lem w „Fantastyce i futurologii” zarzucał historii Montaga infantylność, ale można założyć, że nawet mistrzowie się mylą. Czy raczej – Lem w swoim pisaniu stosował zupełnie inne od Bradbury’ego rozłożenie elementów konstrukcyjnych, zatem nie powinien nikogo dziwić taki właśnie osąd.
Czym charakteryzuje się twórczość Raya Bradbury’ego i co stanowi o ponadczasowości jego dzieł? Od czego też zacząć przygodę z autorem, by nie odbić się od niego i nie znudzić, albo, co gorsza – przesycić? Jak polecić komuś tego autora, by nie pomyślał, że oto czeka go mozolna przeprawa przez starocie, które nijak się mają do współczesności? Jak w końcu uniknąć maniery „znawcy gatunku”, który nieopierzonym fantastom nakazuje lektury obowiązkowe, przy jednoczesnym uchronieniu się przed blurbowym (i kompletnie niekorelującym ze stanem faktycznym) opisem poszczególnych pozycji? Wbrew pozorom nie jest to trudne zadanie, a gdy tylko ktoś załapie Bradbury’owego bakcyla, to potem pójdzie już z górki. I tylko tak dla jasności – nie oczekujcie w tym artykule krytycznego rozłożenia na czynniki pierwsze każdego utworu, który ukazał się w polskim przekładzie. Spodziewajcie się za to kilku mini spoilerów i podejścia łączącego emocjonalne odbieranie dzieł literackich z próbą analizy.

TĘSKNOTY

Tytuł tego artykułu nie wziął się z powietrza czy z bezsilności publicysty. Gdyby prozę Bradbury’ego trzeba było określić jednym słowem, to zostaniemy postawieni przed poważnym dylematem: nostalgia, czy lęk. Wszystko zależy bowiem od tego, które utwory bierzemy pod uwagę: opowiadania marsjańskie i te z „K jak Kosmos” to w znacznej mierze zapis tęsknoty i nostalgii. Tęsknoty o tyle nietypowej, że odnoszącej się do czasów, które albo autora zdecydowanie wyprzedzały, albo zwyczajnie nie nadeszły. Przypomina to z jednej strony trochę nasze rodzime tęsknoty za Polską od morza do morza, a z drugiej – to pełne smutku wspomnienie wiary w istnienie wróżek, świętego Mikołaja czy kanałów na Marsie. Niemal każda z nowel opublikowanych w zbiorze „Kroniki marsjańskie” jest przypowieścią albo o tym, jak coś się kończy, albo o tym, że coś już się bezpowrotnie skończyło. Co więcej, samo poczucie straty często jest bohaterom z jakiegoś powodu niedostępne i tylko wybrańcy mają czasem szansę odkryć, że oto coś zostało im bezpowrotnie zabrane.
„Kroniki marsjańskie”, wydane po raz pierwszy w roku 1950, nabierają całkowicie nowego znaczenia, gdy porówna się datę pierwszej publikacji i datę sformułowania paradoksu Fermiego. To, że się one pokrywają, nie może być dziełem przypadku, gdyż opowieści o utraconej lub też ukrytej cywilizacji marsjańskiej rozpalały umysły ludzi z pokolenia Raya równie mocno, co współczesne kosmiczne historie umieszczane w niedalekiej przyszłości. Paradoks Fermiego i to, w jaki sposób pisarz sobie z nim radził, jest jednak tylko jednym z najbardziej oczywistych sposobów na percepcję „Kronik”. Gdy przeczyta się jedno czy dwa opowiadania z tego zbioru i uzupełni zawartą w „K jak kosmos” nowelą „Ciemnoskórzy byli i złotoocy”, na pierwszy plan wysuwa się jeszcze inny rodzaj tęsknoty, mocno reprezentowanej w niemal każdym utworze, jaki został przez Bradbury’ego napisany. Mowa tutaj o swoistej pochwale prostoty – życia bez zbędnych komplikacji, machiny urzędniczej, inkwizycji (tej klasycznej i tej autorowi współczesnej), pośpiechu i hałasu. Gdy jednak zacznie się rozpatrywać twórczość autora pod tym właśnie kątem, na pierwszy plan nieuchronnie wysuwa się drugie doznanie towarzyszące czytelnikowi podczas wędrowania po hipotetycznych przeszłościach i przyszłościach – lęk.

LĘKI

Wyścig kosmiczny między ZSRR a USA rozkręcił się dopiero siedem lat po publikacji „Kronik”, jednak boom technologiczny, jaki miał miejsce w latach 50. ubiegłego wieku pobudzał wyobraźnię, rozpalał umysły i przerażał. Wielkie zmiany mogły się kojarzyć Bradbury’emu niekoniecznie dobrze, zwłaszcza, że był on pośrednią ofiarą wielkiego kryzysu. Nie można również odmówić autorowi zmysłu obserwacji, jaki od zawsze charakteryzował dobrych pisarzy SF. Obawy i wnioski zawarte w zaliczanych już do klasyki „451º Farenheita” cechuje jednak coś więcej, niż tylko typowy dla autora, pełen rezerwy stosunek wobec galopującego rozwoju technologii. W końcu dzisiaj często lęki Amerykanów żyjących w latach 50. ubiegłego wieku wydają się ludziom z naszego kręgu kulturowego bardziej zabawne niż zasadne, tymczasem w „451º Farenheita” praktycznie każde pokolenie czytelników znajdzie coś dla siebie. I nie są to w żaden sposób elementy napawające optymizmem.
O losach Montaga napisano już chyba wszystko, co tylko można było napisać, równocześnie jednak książka ta nadal pozostaje historią, po którą sięga o połowę mniej czytelników, niż po równie istotną dla fantastyki „Diunę”. Owszem, u Bradbury’ego nie uświadczymy tego monumentalizmu, jaki był specjalnością Herberta, ale nie to zdaje się być sednem problemu. Opisanie, o czym jest „451º Farenheita”, bez uciekania w banał czy, z drugiej strony, w krytycznoliterackie ględzenie, jest praktycznie niemożliwe. W odróżnieniu od „Diuny”, którą swobodnie można czytać „dla fabuły”, tutaj sama fabuła zdaje się być nawet nie środkiem, dzięki któremu osiągany jest pewien literacki cel, co potraktowanym jako zło konieczne wypełniaczem między kolejnymi przemyśleniami autora. I, w zależności od tego, kto „451º Farenheita” czyta, inne emocje w nim ta książka wzbudzi, inne elementy poruszą go do głębi. Mamy tu przecież, wspomniane wcześniej, przedstawienie lęków przed rozwojem technologii, zatraceniem więzi międzyludzkich czy nadmiernym zaangażowaniem nauki w służbę polityce. Gdy doda się do tego przekonanie, że ludzkość dobrowolnie pozwoli się ogłupić technologii, a literaturę czeka przykry, choć nieunikniony koniec, to otrzymujemy dzieło w przerażający sposób kompletne, ale dla wielu, mimo wszystko, odstręczające.

ZWIASTOWANIA

Tyle, że nie do końca – nawet w przepełnionych smutkiem i nostalgią „Kronikach marsjańskich”, w dystopijnych „451º Farenheita” czy w podszytych lękiem opowiadaniach ze zbioru „K jak Kosmos” mimo wszystko widoczny jest trudny do sprecyzowania, ale jednak ciągle obecny element nadziei. Montag odnajduje bratnie dusze i razem z nimi podejmuje nierówną walkę o uratowanie literackiej spuścizny przodków. Przepoczwarzony Smith odlatuje do gwiazd, krzycząca kobieta zostaje uratowana, a na Marsie na nowo pojawiają się Marsjanie. Nadal nie jest to lekka i przyjemna literatura do kotleta, nie są to opowieści dla tych, którzy w fantastyce szukają jedynie ucieczki od rzeczywistości, ale, na metafizycznym poziomie, czytanie Bradbury’ego stanowić może swoiste katharsis. Ta skondensowana w warstwie stylistycznej proza, jak mało która fantastyka z tamtego okresu idealnie pomaga zidentyfikować bieżące lęki i obawy, odnaleźć te motywy, które w książkach późniejszych autorów zostały może opisane i nazwane bardziej dokładnie, ale z pewnością nie aż tak poruszająco, jak właśnie u Bradbury’ego.
Czasem, podczas polecania science fiction zagorzałym mainstreamowcom, wspomina się o konieczności zawieszenia niewiary, mniej lub bardziej trafnych zdolnościach profetycznych poszczególnych autorów, lub też o aktualności poruszanych w fantastyce problemów. Wszystkie te stwierdzenia jak najbardziej pasują do tego, co tworzył Bradbury, ale jest w tym coś jeszcze. W odróżnieniu od naszych rodzimych pisarzy, którzy spuściźnie po nim wiele zawdzięczają na poziomie chociażby umiejętności artykułowania pewnych sprzeciwów, tutaj dochodzi jeszcze kwestia niezaprzeczalnej wartości stricte artystycznej, której z kolei czasem brakowało naszym autorom fantastyki „problemowej”. Weźmy dla przykładu monolog Beatty’ego – wypowiedź merytorycznie jak najbardziej aktualną, ale pomimo zastosowania pozornie prostego języka, niesamowicie mocną w swym przekazie i poruszającą zarówno dwudziesto-, jak i pięćdziesięciolatków. Miniatury fabularne pojawiające się w „Kronikach marsjańskich”, nie dłuższe czasem niż dwa, trzy akapity, nie pozostawiają czytelnika obojętnym; sprawiają, że człowiek zwyczajnie na moment przystaje i zaczyna się zastanawiać nad tymi kilkoma przewrotnie skonstruowanymi zdaniami. Ta umiejętność przekazywania tak intensywnych emocji przy użyciu, wydawałoby się, minimalnych środków jest dziś co prawda rzadko wykorzystywana, ale tym bardziej warto się z Bradburym zapoznać – choćby po to, by zaobserwować różnice między jego pisarstwem a powszechnym dziś sposobem konstruowania powieści.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego warto sięgnąć po książki i opowiadania napisane przez bohatera tego artykułu. Prozaiczny i zapewne dla sporej części czytelników oczywisty (zwłaszcza gdy mają na koncie lekturę pierwszych polskich wydań), ale przy omawianiu każdej pozycji z tak zwanej klasyki mimo wszystko obowiązkowy. Pomimo niewielkiej objętości tekstów, autorowi udało się zawrzeć w nich niemal całe spektrum omawianych również we współczesnej prozie problemów, co – nie ujmując oczywiście młodszej fantastyce siły przekazu – uwidacznia, że spora jej część jest jedynie retellingiem historii opowiadanych już przez Bradbury’ego. Oczywiście, nie tylko jego opowieści można zaliczać do kształtujących w znacznym stopniu współczesną literaturę (w końcu on sam wyszedł z tzw. korespondencyjnej szkoły Lovecrafta), ale bez wątpienia były one w równy sposób istotne dla budowania polskiej fantastyki socjologicznej, co dzieła Dicka, Aldissa czy Vonneguta.

Artykuł ukazał się w Nowej Fantastyce 08/2018

0 comments:

Publikowanie komentarza

Szanuję krytykę, ale tylko popartą odpowiednimi przykładami. Jeśli chcesz trollować, to licz się z tym, że na tym blogu niekulturalnych zachowań tolerować nie będziemy, a komentarze obraźliwe będą kasowane :)