18.09.2016

Powergraph w natarciu, czyli o baśniowym "Pustym niebie" słów kilka.



Ciężki to kawałek chleba: być czytelnikiem fantastyki. Z każdej strony czyhają na takiego delikwenta niezliczone niebezpieczeństwa. A to jakiś vanitowy potwór wyciąga swe łapska po niczego się niespodziewającą ofiarę, a to wielkie profesjonalne wydawnictwo wypuszcza michalakowopodobne twory, które rwą na strzępy czytelnicze radości, morfując tę cudowną odmianę literatury w odrażające ćwiekochłony czy inne greyopiry. Mówiąc krótko: bajzel na kółkach, w którym nawet kurtyzany miast być rozpustne okazują się jedynie rozpuszczone… Co zatem pozostaje wrażliwemu i narażonemu z każdej strony na ciosy miłośnikowi dobrej literatury? Zdać się na łut szczęścia i narażać się na kolejne ciosy aż do momentu, w którym poziom punktów życia (intelektualnego) spadnie do zera i zacznie on z uśmiechem na ustach twierdzić, że w sumie prymitywna rozrywka napisana językiem ćwierćinteligenta to już literatura? Czy może raczej przed wyruszeniem w drogę powinno się zebrać dobrą i zaufaną drużynę, by razem stawić czoła przeciętności?

09.09.2016

Absurdalna jazda bez trzymanki, czyli sprawozdanie z lektury vol. 7



Lubię MaRudzić. Lubię narzekać na to wszystko, co sprawia, że w środku nocy nagle chwytam długopis i zapisuję kilka pełnych jadu zdań. Nie podoba mi się coraz bardziej komercyjne traktowanie fantastyki i spychanie pozycji wartościowych do nisz, o których wiedzą tylko wybrani. Irytuje mnie twierdzenie, że czytanie byle czego i byle jak jest wartością samą w sobie, a rozrywka i lekkość lektury to podstawa dobrej książki. Przecież wiemy doskonale, że lekko, łatwo i przyjemnie niemal nigdy nie idzie w parze z jakością, a przynajmniej jakością w takim rozumieniu twego słowa, do jakiego przyzwyczaiło mnie kilka ostatnich lat świadomych czytelniczych wyborów.

24.08.2016

Zdradziłam Nidzicę!!!


Pojechałam na inny konwent!!! I to nie byle jaki, bo zawitałam sobie na Polcon. Decyzja podjęta spontanicznie i praktycznie w ostatniej chwili zaowocowała jednymi z najmilszych chwil w tym roku. Tylko mam teraz wielki problem z tym, co o Polconie napisać, bo wbrew pozorom nie jest to łatwe zadanie. Typowej relacji z wyszczególnieniem godzin nie będzie, bo i nie chcę, i chyba nie potrafię. Zasadniczo ten krótki wpis mógłby ograniczyć się do jednego: bogowie, ależ ja lubię nasz fandom!

14.08.2016

Lem utracony


Czasem wydaje mi się, że na swoje nieszczęście urodziłam się dobre dwadzieścia lat za późno. Albo też po prostu nie nadążam za światem i obecnymi trendami społecznymi. O ile oderwanie od rzeczywistości w życiu codziennym jakoś specjalnie mi nie przeszkadza, o tyle obserwowanie współczesnej krytyki literackiej wielokrotnie sprawia, że czuję się cokolwiek nieswojo. Sprawa jest o tyle nietypowa, że ze względu na swoją płeć i sytuację życiową powinnam doskonale rozumieć wszelkie ruchy feministyczne i z radością uczestniczyć w przeróżnych równościowych inicjatywach. Tymczasem jedyne co obecnie czuję, to rosnące zażenowanie i pragnienie powrotu do czasów, w których dobra literatura broniła się sama bez konieczności uwzględniania w odpowiednich procentach ras innych niż biała, płci wszelakich i różnych orientacji seksualnych.

24.07.2016

Wrzuć na luz, czyli o bajkach dla dorosłych.


Zdarzają się takie dni, gdy całkowicie opuszczają nas siły i czytanie po prostu nie wychodzi. Ot, przebiegamy wzrokiem po literkach, być może nawet składamy zdania, ale sens gdzieś umyka: mózg, przytłoczony ciężarem szarej rzeczywistości nie jest w stanie wchłonąć niczego bardziej skomplikowanego od utworów czysto rozrywkowych. Niby można w takich chwilach sięgnąć po jakiś romans, ale by być szczerą: gdy przekroczy się pewien poziom zmęczenia nawet romans jest jak góra nie do zdobycia. Jedynym ratunkiem przed publiczną telewizją i milionowym odcinkiem kolejnego durnego serialu staje się wtedy jakiś przyjemny film. Nie byłabym sobą, gdybym i na tym polu nie trzymała się fantastyki, zatem i kryzysowe wybory filmowe są dość oczywiste. Oto mój największy sekret: prócz „Doktora Who” uwielbiam nieskomplikowane i pełne fajerwerków ekranizacje komiksów czy też książek fantastycznych.

30.06.2016

Sprawozdanie z lektury vol. 6, czyli Głębia, Podlewski i Plaga


Zaczęło się niewinnie: podczas sprytnej akcji marketingowej, jaką były „Szczury Wrocławia”, udało mi się poznać kilkoro świetnych ludzi. Jednym z nich był Marcin Podlewski: młody polski autor pracujący w tamtym czasie nad swoją drugą książką, o czym nie miałam bladego pojęcia, podobnie z resztą jak o pierwszej. W listopadzie zeszłego roku udało nam się z Marcinem spotkać na Falkonie. Głębia. Skokowiec była już obecna na rynku, jednak ja na lekturę musiałam jeszcze trochę poczekać. I, by oddać sprawiedliwość temu przydługiemu wstępowi: przy całej sympatii dla autora jakoś nie czułam przymusu, by Głębię kupić i przeczytać. Miała pecha trafić w czas, gdy namiętnie poczytywałam starocie, a wszelkie nowości (a już zwłaszcza te nie najmilej się kojarzące) omijałam szerokim łukiem i zwracałam na nie uwagę tylko wtedy, gdy ktoś zaufany mi je polecił. Koniec końców: Skokowca dostałam jako prezent urodzinowy, z adnotacją „dobre to jest” i zaczęłam czytać.

29.06.2016

Festiwal emocji czyli Nidzica 2016.


Jest takie miejsce, w którym raz w roku zbierają się niesamowici ludzie. Pokonują setki kilometrów (czasem wręcz tysiące) tylko z jednego powodu: by usiąść i pogadać o fantastyce. Festiwal Fantastyki w Nidzicy obrósł wieloma mitami, mniej lub bardziej dla niego chwalebnymi, ale chwilowo nie będę się na tym skupiać. Bo najpierw czas na emocje, a tych (podobnie jak w zeszłym roku) było mnóstwo. I jeszcze jedno: spodziewajcie się dzisiaj totalnie nieprofesjonalnego, maksymalnie prywatnego wpisu, pełnego wykrzykników i przymiotników.

19.06.2016

Co tam panie w internecie #3


Niedawno w mojej ukochanej Loży Szyderców ktoś wrzucił link do blogowego wpisu traktującego o tym, jak to pewna autorka wkurzyła się na pewną blogerkę za niepochlebną recenzję. Niby nic nowego: raz na jakiś czas pojawia się motyw wydawnictwa lub pisarza, którzy wieszają psy (albo wręcz straszą sądem) blogerki, które ośmieliły się napisać niekoniecznie pochlebną reckę o jakimś wiekopomnym dziele. Sama miałam kiedyś właśnie taką nieprzyjemną sytuację po skrytykowaniu „Przypadku Morrowa” i choć dziś przyznam, że mogłam to napisać w nieco inny sposób, to jednak swoje zdanie podtrzymuję i nadal podśmiewam się z fejkowych opinii na LC albo z wypowiedzi autora, który ciągle wspomina o tej jednej jedynej recenzentce, która „książkę skrytykowała, bo pewnie jej nie przeczytała”. I tylko szanowny autor chyba nie pamięta, że zgadzając się na reckowanie „Przypadku” lojalnie ostrzegałam: jeśli mi się nie spodoba, to nie omieszkam o tym napisać. Ale cóż, stara historia, od tego czasu mam inny klucz wybierania powieści do przeczytania, rzadko zdarza mi się trafiać na gnioty, no i unikam niemal wszystkich selfowców (a raczej vanitowców, o czym trochę pisałam tutaj). Zatem - z własnego doświadczenia wiem, że urażony vanitowiec potrafi napsuć krwi i bardzo mi się to nie podoba, ale chyba nie jestem w stanie stanąć tym razem po stronie „pokrzywdzonej” blogerki. Bo jak pani Głąb jest sama w sobie dość śmieszną osobą, tak obiektywnie patrząc: blogerka też do najbystrzejszych w odbiorze literatury nie należy, a jej teksty praktycznie nie nadają się do czytania. A już zwłaszcza potępiona przez Głąb recka.

15.06.2016

To nie moja bajka, czyli Silaqui kontra Angry Birds

 Dzisiaj na blogu coś nowego. Coś, co za mną chodziło od dłuższego czasu, ale jakoś nie było okazji, by ten temat poruszyć, a i po trochu brakowało mi odwagi. Jak zapewne wszyscy wiedzą, rzadko pisałam na tematy, które nie są chociaż pobocznie związane z literaturą lub też książkowym blogowaniem. Owszem, zdarzały się, dawno temu, jakieś zapchajdziury traktujące o ulubionych serialach czy wymarzonych ekranizacjach, ale raczej starałam się unikać tutaj czy na facebooku wypowiedzi na temat kinematografii. Z prostej przyczyny: o ile jeśli chodzi o książki systematycznie staram się nadrabiać klasykę, tak z filmami wygląda u mnie dużo gorzej. Niby jestem na bieżąco (zwłaszcza, jeśli chodzi o wszelakie produkcje fantastyczne), jednak mam niesamowite zaległości w filmach kręconych i pokazywanych - choćby w telewizji - wcześniej niż 10 lat temu. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest kilka, ale roboczo przyjmijmy tezę, że po prostu przegapiłam 90% kinematografii. A później jakoś nie było ani motywacji, ani podpowiedzi odnośnie tego, co oglądać. Ale nie o zaległościach (które od niedawna powolutku nadrabiam), a o współczesnym kinie chciałam napisać kilka słów. A dokładniej o bajkach: dzisiaj o tych dla dzieci, niedługo o tych dla dorosłych. 

05.06.2016

piszą po moich książkach....

Rok temu było tak (klik!).
Dzisiaj kolekcja dedykacji nieco się powiększyła, a zbliżająca się Nidzica 2016 zapowiada kolejne autografy :)
Paweł Ciećwierz. Skromna i nieco bezosobowa dedykacja, ale nadrobimy to przy premierze następnej powieści. Pawła warto czytać: jego noir jest na tyle doskonały, że Ćwiek z swym żałosnym
Grimcośtam odpada w przedbiegach...

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...