24.05.2016

Klęska urodzaju



Nowy wspaniały świat: bez zbytniego wysiłku, niemalże bez wychodzenia z domu mamy dostęp do setek książek i tysięcy artykułów o książkach. Dzięki powszechności dostępu do Internetu i urządzeniom mieszczącym się w kieszeni w ciągu kilu minut możemy dowiedzieć się praktycznie wszystkiego. Już nie trzeba biegać po bibliotekach w poszukiwaniu wyjątkowo rzadkiej książki, nie musimy przedzierać się przez biblioteczne katalogi by odnaleźć opracowanie tej czy innej lektury. Wydawałoby się, że są to idealne warunki ku temu, by przeciętny czytelnik (w domyśle – czytelnik fantastyki) z powodzeniem mógł rozszerzać swoje horyzonty i poznawać wszystko to, co poznania jest warte, a czasem wręcz niezbędne.

25.04.2016

Dobrze być snobem.



Jakiś czas temu opublikowałam wpis o tym, dlaczego i kiedy okładka książki jest dla mnie ważna. Dzisiaj będzie pozornie o tym samym, ale z nieco innej perspektywy, zapraszam!
Zacznijmy od tego, że wielu ludzi (w domyśle czytelników) boleje nad tym, że po książki w naszym pięknym kraju sięga zaledwie odsetek populacji. Fakt, jest to smutne, widać wyraźnie brak pracy z najmłodszymi, co później pokutuje opłakanym stanem czytelnictwa. Tylko ja patrzę na to w trochę inny sposób: owszem, jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że otaczam się praktycznie tylko ludźmi czytającymi (a przynajmniej tak robię w Internecie: w codziennym życiu nie jest aż tak różowo, ale o tym kiedy indziej), niemniej wielokrotnie właśnie podczas przeglądania facebooka odzywa się we mnie książkowy snob, pragnący zawołać: skoro czytasz TO, to tak naprawdę nie czytasz!. Ot, rynek książki zalany jest crapem, Sturgeon już dawno to zdiagnozował i niestety miał rację. W zalewie tworów, przy których czytanie przestaje być intelektualną rozrywką a staje się masowym pochłanianiem fastfoodów, zauważyłam jednak pewne światełko w tunelu. Co prawda cały ten trend zaczął się jakiś czas temu, ale przez ostatnie dwa lata uważniej śledzę nasz rynek i widzę zdecydowane nasilenie pewnej jakże chwalebnej praktyki wydawniczej. 

20.04.2016

Nikt nie mówił, że będzie łatwo.



Poprzednie lektury zawsze wpływają na odbiór następnych. I nie chodzi tylko o poszerzanie horyzontów, konteksty czy poznawanie gatunku, serii lub autora. Tym razem mam na myśli raczej „nastawienie do lektury” oraz „oczekiwania”. Prosty przykład to moja niedawna przygoda z „Komornikiem” Michała Gołkowskiego. W odróżnieniu od Lapsusa, ja do lektury tej konkretnej książki poodchodziłam z założeniem, że oto przeczytam rzecz łatwą. Lekką i przyjemną. Niewymagającą jakiegoś szczególnego analitycznego myślenia: ot rozrywka pełną gębą, do łyknięcia w jeden-dwa wieczory. I rzeczywiście tak było, niemal wszystkie warunki tożsame z popem zostały spełnione, nie miałam zbytnio na co narzekać.
 Tylko… przestawiając się chwilowo na taki a nie inny rodzaj prozy nieświadomie następną pozycję zaczęłam czytać tak samo. Czyli: pochłonęłam z pięćdziesiąt stron i… coś było wybitnie nie tak. No właśnie: „pochłonęłam” – to słowo kluczowe, oznaczające przelatywanie wzrokiem po tekście w oczekiwaniu na fajerwerki. Z traktowaniem po macoszemu opisów, które w większości literatury rozrywkowej są jedynie szkicem scenografii i to szkicem wyjątkowo oszczędnym.
 No dobrze, ale... co było nie tak? Przecież wiadomo, że jeśli rodzima współczesna fantastyka to w 90% niezobowiązujące lektury, i skoro mam do większości jej reprezentantów takie a nie inne podejście to powinnam być wniebowzięta, prawda?

27.03.2016

Taki pop lubię, czyli reckujemy Gołkowskiego

(*1)
Nie lubimy się z Fabryką Słów, oj nie lubimy. Czy raczej: na przestrzeni tych kilku lat, w których miałam mniej lub bardziej świadomą styczność z książkami sygnowanymi tą marką, wielokrotnie powtarzał się jeden schemat. Po okresie przysłowiowego „focha” FS puszczała na rynek coś, co przywracało mi wiarę w dobrze rozumianą rodzimą fantastykę popularną, by po chwili znów obrazić moją wrażliwość i wybory literackie czymś, co było ledwo lepsze od przeciętnej. Jeśli dodamy do tego książki bezsensownie rozbijane na podpodtomy , porzucanie rozpoczętych cykli i kulejący PR, to wychodzi mi, że mało które z „klasycznych” wydawnictw potrafi budzić we mnie aż tak skrajne emocje. Jakkolwiek jednak bym na nich nie narzekała, tak raz na jakiś czas coś im się uda: pamiętam swój zachwyt Kossakowską, szał wokół Grzędowicza czy (wcale niedawne czytane) książki Kołodziejczaka, zeszłoroczną „Głębię” i, o dziwo, tegorocznego „Komornika”

23.03.2016

Płać i płacz, czyli ostrożnie z marzeniami.


W czasach, gdy hormony szalały w mym nastoletnim organizmie i wydawało mi się, że cały świat stoi przede mną otworem miałam marzenie: napisać i wydać COŚ. Owe coś powstawało przeważnie podczas nudniejszych lekcji i tych przerw, których przypadkowo nie poświęcałam na wyrywanie się z budynku liceum w celu dostarczenia organizmowi niezbędnej dawki nikotyny. Po kilku tygodniach radosnej pracy twórczej powstało skromne dziełko (jakieś 15 kartek A4, zapisanych kratka w kratkę drobnym maczkiem), w głowie kłębiły się pomysły na ciąg dalszy, ale nadeszły wakacje i pisanina musiała poczekać do września. Niestety, podczas wakacyjnych porządków rękopis wylądował w piecu kaflowym. Tym sposobem nie zostałam drugim Tolkienem czy innym Martinem, chociaż kilka scen z wiekopomnego dzieła nadal siedzi gdzieś w zakamarkach pamięci. Strach pomyśleć co by było, gdybym urodziła się po 1990 roku, swoje genialne pomysły zapisywała na blogu i przekonana o wyjątkowości dzieła uparła się je wydać. Upartej Rudej maRudzie, jak wiecie, raz na jakiś czas udaje się spełniać wielkie marzenia (Nidzica1, Falkon2, własna biblioteczka3), i gdybym tylko urodziła się te dziesięć lat później to zapewne właśnie spamowałabym was informacjami o tym, jak to zostałam drugą Le Guin publikując swe dzieło w porażającym nakładzie trzystu egzemplarzy.

28.02.2016

Co tam panie w internecie #2













Tytułem wstępu: zamysł comiesięcznych wpisów „Co tam panie w Internecie” przedstawiłam TUTAJ. Dzisiaj oszczędzę wam „wstępowego lania wody” (bo dziwnym trafem przerodziło się ono w szkic następnego maRudzenia) i po prostu przytoczę post, który skłonił mnie do napisania tych kilku słów.

Marcin Przybyłek raczył napisać:

22.02.2016

O powrotach słów kilka


W jednym z swoich wierszy Jonasz Kofta napisał:

Nie wierzę już w powroty
                Że słowa, uśmiech, dotyk
                Odzyskają smak…


Chociaż wiersz traktował o miłości, to zaskakująco dobrze można go przełożyć na stosunek czytelnika do książek. A dokładniej: do literackich powrotów i tego, że one tak naprawdę nie mają sensu. Jeśli ktokolwiek z was myśli, że podczas ponownych odwiedzin w ukochanym uniwersum będą nam towarzyszyły te same uczucia co kiedyś, to niestety jest w błędzie (Oczywiście w tym momencie wykazuję się przeogromną naiwnością i wierzę, że każdy czytelnik rozwija się na przestrzeni lat i z czasem weryfikuje swoje poglądy). Nic już nigdy nie będzie takie samo, każda ponowna lektura jest tak naprawdę pierwszą lekturą, czytaną jedynie z zupełnie innej perspektywy, za każdym razem głębszą (lub przewrotnie: płytszą, ale o tym innym być może później) i za każdym razem inną.

15.02.2016

Sprawozdanie z lektury vol. 5, czyli 3 x TAK!



Było to tak: w 2011 roku, czyli w czasach, gdy już dość intensywnie romansowałam z fantastyką wszelaką, ale bez szczególnego krytycyzmu i wymagań, wypożyczyłam z biblioteki pewną książkę. Przeczytałam i na ukochanym przez nas wszystkich (sic!) portalu napisałam kilka słów. Oto one:

Bardzo długo szukałam tej pozycji w różnych bibliotekach, zachęcona wieloma pozytywnymi opiniami o twórczości Ursuli K. Le Guin. Byłam przygotowana na opasłe, epickie tomisko - a tu niespodzianka. Książka objętościowo nie przeraża, a nawet mała ilość stron z początku mnie zniechęciła. Już od pierwszej strony jednak zrozumiałam, że moje obawy są bezpodstawne. Le Guin stworzyła cos epickiego, ale nie rozlazłego czy nużącego. To przyjemne fantasy, o dość dużym zabarwieniu filozoficznym skłania nas często do zastanowienia się nad przeczytanym akapitem. Na pewno sięgnę po kolejne pozycje historii o Ziemiomorzu. (link plus 18 plusów :P )

08.02.2016

Festiwal próżności: biblioteczka Silaqui 2016

Raz w roku publikuję wpis, mający na celu udokumentowanie mojego narastającego czytelniczego uzależnienia. Jest w tym coś z próżności, ale i zwyczajnie, niczym dziecko, cieszę się z spełniania kolejnych małych książkowych marzeń.

Oto jak mój stan posiadania zmieniał się na przestrzeni lat:

2012
2013
2014
2015

A teraz czas na zdjęcia najbardziej aktualne, bo robione miesiąc temu:

05.02.2016

O gatunków pomieszaniu, czyli rude maRudzenie


Paskudną mamy zimę w tym roku: nie dość, że śniegu jak na lekarstwo, to niczym u Kazika „i zimno i pada i zimno i pada…”, a słońce widujemy jedynie w rzadkich momentach, gdy zła aura na chwilę się zagapi i zapomni zasnuć niebo stalowoszarą warstwą chmur. Taka pogoda nie nastawia do świata szczególnie pozytywnie, ale ma też swoje plusy: pozbawieni możliwości zimowych szaleństw więcej czasu spędzamy w domowych pieleszach, poświęcając się ulubionym stacjonarnym pasjom. U mnie wygląda to tak, że czytam książki. A jeśli nie czytam książek, to czytam o książkach lub, za pośrednictwem Internetu, o książkach rozmawiam. Ktoś pomyślałby, że to całkiem bezpiecznie i spokojne hobby (czy raczej uzależnienie), ale niestety, znów, ludzka głupota skutecznie podniosła mi ciśnienie i sprawiła, że muszę wam trochę pomarudzić.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...